Największe jaskinie świata kryją się w tropikalnej dżungli. Droga do nich wiedzie przez gęstą roślinność, korytarze wycięte w zielonej ścianie tętniącej życiem, odurzającej zapachem i głośnej. Z tego bujnego, barwnego świata nagle przechodzimy w zupełnie inny, kryjący się pod powierzchnią ziemi.

Niewiele jest miejsc, które skradły moje serce tak kompletnie jak właśnie Borneo. Na tej przepięknej wyspie odkryłam prawdziwą dzikość serca kryjącą się w usposobieniu jej mieszkańców, dżungli i niezwykłej przyrodzie. Udajmy się więc w podróż do wnętrza Borneo, do jej niezwykłych i ogromnych jaskiń! 

Jaskinie Borneo

Borneo znane jest ze swoich jaskiń, ciągnących się kilometrami korytarzy i ogromnych komnat przyciągających tutaj ekipy grotołazów od lat. W tym artykule chciałabym skupić się na konkretnym regionie – Sarawak.

Jaskinie w Mulu, miejscowości leżącej w sercu Sarawaku znalazły się na liście UNESCO i uznawane są za jedne z najpiękniejszych na świecie. System Clearwater jest też jednym z największych. Do niedawna Jaskinia Jeleni była największą odkrytą przez ludzi jaskinią otwartą, aż została w 2005 roku zdetronizowana przez wietnamską Hang Son Doong.

Sala Sarawak to największa znaleziona pod ziemią komnata. Aby się do niej dostać trzeba poświęcić cały dzień, najpierw na podróż przez dżunglę, a później na przeprawę przez samą jaskinię.

Jaskinie Borneo

Ekspedycje na terenie parku narodowego Mulu rozpoczęły się w 1978 roku od przybycia brytyjskiego zespołu grotołazów, który rozpoczął prace badawcze na prośbę malezyjskich władz. Ponad rok badania prowadziło tu blisko sto osób. Poszukiwania były utrudnione ze względu na gęstą dżunglę porastającą zbocza gór. Dopiero w 1981 roku dokonano jednego z ważniejszych odkryć. W osłoniętej dolinie znaleziono Jaskinię Przepowiedni, która zaprowadziła grotołazów do Sali Sarawak.

Kiedy w październiku 2015 roku wyjeżdżałam z Mulu, przewodnicy jaskiniowi już wspominali o mającej niedługo przyjechać grupie brytyjskich grotołazów, którzy zamierzali kontynuować eksploracje systemu Clearwater. Do tego momentu zbadanych zostało ponad 240km korytarzy, odnaleziono połączenia między wieloma nowymi jaskiniami, powiększając tym samym mapę całego systemu.

Jaskinie Borneo

Część jaskiń znajdujących się na terenie parku narodowego Mulu zostało udostępniona zwiedzającym. Znajdziemy tu zarówno Show Caves (czyli jaskinie pokazowe z przystosowaną dla turystów trasą), z wygodnymi chodnikami z drewna żelaznego i zamontowanym na stałe oświetleniem włączanym przez przewodnika. Długość takiego spaceru wynosi mniej więcej godzinę i nie wymaga ani dobrej kondycji ani specjalnych umiejętności. Inna możliwość zwiedzania znajdujących się tutaj jaskiń, to Adventure Caving, gdzie schodzimy z wytyczonego szlaku lub wchodzimy do zupełnie innych jaskiń. Trasy różnią się stopniem trudności i długością trasy. Niektóre wymagają stosowania uprzęży i technik linowych, jeszcze inne czołgania się w niskich korytarzach lub przedostawania przez podziemne rzeki. Niektóre dostępne są dla wszystkich, a jeszcze inne dla osób z doświadczeniem w jaskiniach. Zaczęłam od jednej z prostszych tras, jaskini Lagang, w której schodzi się z wytyczonej ścieżki, żeby spędzić jakieś 3 godziny na wspinaczce i czołganiu w dzikich częściach. I wsiąkłam. Porwały mnie potężne kamienne komnaty, podziemne góry, na które się wspinaliśmy, strumienie i rozmaite, wielobarwne formy naciekowe.

Potem, zachęcona wrażeniami postanowiłam podnieść poprzeczkę i spędzić dobre trzy godziny w jaskini Konia gwarantującej dużo zabawy z linkami.

Nazwę zawdzięcza ona skale znajdującej się tuż przy wejściu, którą kapryśne siły natury ukształtowały w koński łeb. Tam jest spotkała najpaskudniejszego mieszkańca podziemi – skolopendrę długonogą. Największe jednak wrażenie zrobił na mnie nasz przewodnik jaskiniowy. Jak większość pracujących tu przewodników pochodził z jednego z lokalnym plemion – Iban lub Orangulu, był politeistycznym animistą, miał plemienne tatuaże wykonane w jednym z długich domów, w weekendy polował na obiad z dmuchawką i – znak czasów – całkiem dobrze mówił po angielsku. Zapytał skąd jestem, a ja, przepinając się właśnie z jednej liny na drugą, żeby przejść przez jedną z przepaści, odparłam, że z Polski. "Nietoperz!" piękną polszczyzną zawołał mój wychowany w dżungli wojownik. Z wrażenia omal nie spadłam. Jak się okazało, przebywająca tu zaledwie parę lat wcześniej grupa polskich grotołazów nauczyła go kilku przydatnych polskich słów, wśród których znalazł się właśnie "nietoperz", ale też "wolniej" i "dobrze".

Nie bez powodu mawia się, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Po dwóch pierwszych wycieczkach nabierałam tylko ochoty na więcej. Dlaczego by nie spróbować swoich sił w najdłużej i najtrudniejszej trasie? 

Jaskinie Borneo

Ostatecznie wybrałam się na siedmiogodzinny trawers łączący Jaskinię Wiatru i Jaskinię Clearwater, trasę na której wymagane było doświadczenie. Droga rozpoczyna się w Jaskini Wiatru i prowadzi do znajdującej się nieopodal jaskini Clearwater. Na trasie znajdziemy miejsca wymagające przyzwoitych umiejętności we wspinaczce i korzystaniu z lin, podziemną rzekę, którą trzeba przepłynąć, trzy solidne zaciski, śliskie od wilgotnej gliny strome zbocza, skały ostre jak brzytwy, wielkie pająki, które tu właśnie żyją i polują na dwa gatunki jaskiniowych świerszczy.

Podążając za naszym przewodnikiem, byłym zbieraczem ptasich gniazd pochodzącym z plemienia Orangulu dotarłam do najtrudniejszego z zacisków, znajdującego się mniej więcej w połowie drogi. Grotołazom, którym udało się udowodnić, że obie jaskinie są częścią jednego systemu kilka lat zajęło odnalezienie tego właśnie miejsca. Jak sama nazwa wskazuje- zacisk jest ciasny, a ten dodatkowo wyślizgany i idący prosto w dół. W środku znajdziemy linę, która ma nieco ułatwić mniej lub bardziej zgrabne przeciśnięcie się dalej. Wiszę więc na linie, dość rozpaczliwie majtając nogami, szukając oparta na śliskiej jak lód skale i usiłując przecisnąć barki. Tak się złożyło, że punkt podparcia to może złapałam, ale za to ugrzęzłam górną częścią ciała, więc zanim udało mi się po kolei wszystkie kończyny i głowę przecisnąć przez zacisk, to trochę potrwało. Zyskany czas poświęciłam, jakże by inaczej, na rozmyślania na temat swoich upodobań w zakresie spędzania wolnego czasu. Ponadto rozwikłałam zagadkę, którą męczyła mnie od dwóch dni – miałam bowiem nieodparte wrażenie, że zapomniałam o czymś istotnym. Olśnienie przyszło właśnie w tym cholernym zacisku, kiedy patrzyłam kątem oka na ostrych jak żyletki skały pode mną…

Ubezpieczenia! Tego właśnie zapomniałam! 

Jaskinie Borneo

Krytycznie przyjrzałam się ciemnościom pod sobą, nad sobą, przemyślałam dotychczasową trasę i przeanalizowałam odległość do najbliższego szpitala. Doszłam do wniosku, że najlepiej będzie zginąć na miejscu  bowiem na opłacenie takiej akcji ratowniczej stać jest tylko eskcentrycznego milionera. Odpowiednio umotywowana wszelkie przeszkody zaczęłam pokonywać z niezwykłą dokładnością i sprawnością.

Na trasie znajdziemy też komnatę przez odkrywców nazwaną Ilusion, gdzie warto zatrzymać się chociaż na pięć minut. Przebogate i niewiarygodnie kolorowe formy naciekowe zapierają dech w piersi. Od jasnożółtych, przez rozmaite odcienie pomarańczu, czerwienie, jasne i ciemne, krwiste i makowe, aż po głębokie ceglaste i rdzawe, na granicy fioletu.  Ruszamy dalej, by dojść do znajdującej się już w części Clearwater podziemnej rzeki. Zachwyca przejrzystą, cudownie chłodną wodą wypływającą z głębin ziemi. Nurt bywa tutaj silny, więc na trasie znajdziemy liny, które ułatwiają przeprawę. Z pewną przyjemnością weszłam do wody, pozwalając, żeby zmyła grubą warstwę gliny z moich ubrań.

Jaskinie Borneo

Nie wystarczy zmoczyć się tylko raz, ukształtowanie głównego korytarza, którym powoli zmierzamy już do wyjścia zmuszą nas do kilkukrotnego zanurzenia się w zimnej wodzie. Za każdym razem jest to tak samo przyjemne. Kiedy pozostala dwójka grotołazów odpoczywa, ja idę trochę popływać.

Z ciemnego korytarza wychodzimy do części, w której widać już światło dzienne. Brudni i zmęczeni przechodzimy nagle na przygotowane dla zwiedzających drewniane kładki, by skierować się do wyjścia. Po siedmiu godzinach spędzonych w ciemności, z czołówkami przymocowanymi do kasków, słońce wydaje się niezwykle jasne i razi w oczy.

Wychodząc na powierzchnię zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że liznęłam zaledwie niewielki ułamek podziemnego świata, który rozpościera się pod całym regionem. Niedługo po mnie przyjeżdża tutaj kolejna grupa grotołazów przygotowanych na poszukiwanie nowych korytarzy, poziomów i poszukiwanie połączeń między jaskiniami.

Clearwater nie powiedziało ostatniego słowa. I ja też nie!

Zdjęcia: Biuro Parku Narodowego w Mulu.

Przejdź do kolejnego odcinka:

http://www.wagabundzi.pl/szukajac-lowcow-glow-borneo/

Przejdź do poprzedniego odcinka:

http://www.wagabundzi.pl/mulu-dzikosc-serca/

Podoba Ci ten artykuł? Podziel się nim z innymi !