Na Borneo życie biegło swoim torem, zupełnie jakby cywilizacja co prawda dotarła, ale nie przyjęła się najlepiej. Niby ludzie noszą koszule z kołnierzykiem, a na ulicach stoją samochody, ale gdzieś pod tą fasadą kryje się dzikość, jakiej próżno szukać w zachodnim świecie. Tu wciąż żyją potomkowie łowców głów dumni ze swojej przeszłości i kultury.

Borneo - Kuching

Po ponad tygodniu spędzonym w dżungli na trekkingach i wędrówkach po jednych z największych i najpiękniejszych jaskiniach na świecie trafiłam do miasta. Nie miałam przekonania do tego pomysłu, ponieważ powrotu do cywilizacji nigdy nie budziły mojego entuzjazmu. Obawiałam się, ze znajdę się w wielkim mieście, gdzie na próżno szukać tego dzikiego ducha Borneo, który tak mnie zauroczył w Mulu. Tym niemniej, miałam ogromna ochotę odwiedzić ośrodek rehabilitacji orangutanów i zobaczyć żyjące w nim dzikie lub półdzikie zwierzęta.

Wylądowałam zupełnie w ciemno, nie rezerwując wcześniej noclegu, ani też nie widząc choćby planu miasta na oczy. Zalożyłam sobie, że jakoś to będzie. Byłam, oczywiście, kompletnie spłukana. Co mogło pójść nie tak?

Zaplanowałam sobie, że na lotnisku znajdę tanią komunikację miejscą, dotrę gdziekolwiek byle nie wyglądało elegancko i drogo i tam poszukam równie niedrogiego hostelu lub przytułku dla ubogich. Tymczasem rzeczywistość miała inne plany. Z lotniska do Kutching jest jedyne 70 kilometrów, a dostać się tam można jedynie taksówką. I nie taksówką nie byle jaką! Przeszłam wzdłuż nowiutkich limuzyn. W końcu, nieco przyparta do ściany odważyłam się zapytać o cenę.
Kilka minut później siedziałam wygodnie napawając się dobrodziejstwem klimatyzacji w nowym lexusie i za równowartość 30 złotych jechałam do miasta. Kierowcę od razu uprzedziłam, że jestem kompletnie spłukana i poszukuję natańszego hostelu jaki tylko istnieje. 
Wjechaliśmy do barwnej chińskiej dzielnicy, a samochód zatrzymał się przy jednym z budynkow. Szyld przedstawiał turystę z plecakiem i był dostatecznie obskurny, żeby wzbudzić moje zaufanie. Pożegnałam się więc z luksusami mojej limuzyny i wkroczyłam do zupełnie innego świata.

W recepcji siedział potężny facet. Czarna koszulka bez rękawów z czaszką odsłaniała wielkie, wytatuowane w plemienne wzory łapy (ramiona to mało powiedziane!), tatuaże pięły się też po szyi i szerokim karku. Wpatrzyłam się w wiszącą na ścianie nad jego głową flagę regionu. "Sarawak for sarawakians!" głosił napis umieszczony nad czachą pod którą krzyżowały się dwie maczety.  Potomek łowców głów spojrzał na mnie pytająco.
Wycofać się? Hahahaha. Przecież ta hurtownia czarnorynkowych nerek do przeszczepu była idealna!

Zostałam. I zasmakowałam w tym mieście!

Nie potrzebowałam wiele czasu, żeby zaznajomić się z potężnym potomkiem wojowników i jego równie potężną i zaskakująco podobną siostrą. Po lepszym poznaniu okazali się nadzwyczaj sympatycznym rodzeństwem, które prowadzi niewielki hostel. Siostra wyjasniła mi także sens wiszącej w recepcji flagi. To agresywne hasło, które mnie wystraszyło nie odnosiło się w żadnym razie do turystów. Turyści są w porządku, natomiast rdzenni mieszkańcy nienawidzą Chińczyków.Borneo - Kuching

Chińczycy zdominowali gospodarkę regionu, przejmując przede wszystkim liczne kopalnie złota i fabryki. Kutchnig stało się przez to wybuchową mieszanką rdzennych plemion Sarawaku (głównie Iban), Chińczyków i muzułmańskich malezyjczyków. O tym jak bardzo wpływa to na oblicze miasta świadczą chociaż ulice jubilerów. Kilkuset metrowe ulice, na których znajdziemy wyłącznie sklepy jubilerskie – wszystkie chińskie. W dzielnicy, w której mieszkałam (chińska) to właśnie pochodzących z Państwa Środka obywateli i ich sklepów było znacznie więcej niż mieszkańców Borneo.

Tuż obok mojego hostelu znajdował się zakryty dachem plac z garkuchniami i małymi knajpkami prowadzonymi właśnie przez Chińczyków. Co rano brałam udział w gastronomicznej wersji rosyjskiej ruletki, wskazując jeden z zamkniętych kotłów i modląc się, by do mojej miski nie trafiła owsianka na rybich łbach. Do emocjonujących należały jednak tylko poranki, ponieważ już wieczorem profile tłoczących się na placu garkuchni zmieniały się jak w kalejdoskopie.

Ceny były śmiesznie niskie, wiec stołowałam się w tych niewielkich knajpach, z każdym dniem coraz bardziej uzależniając się od soku ze świeżego ogórka. Kuchnia była oszałamiająco dobra, z rozmaitymi makaronami, mlekiem kokosowym i pikantnymi przyprawami, które zupom nadawały czerwona barwę. W Mulu zachwycałam się lokalnym yamem (rodzaj bulwy, podobnej zupełnie do niczego) duszonym w mleku kokosowym z anyżem i ostrymi przyprawami, tutaj natomiast zakochałam się w ostrych laksach czyli malezyjskich zupach. Leksy, gęste od ryżowego lub sojowego makaronu, cudownie ostre i pachnące występują tu w kilku różnych odsłonach, z których najbardziej klasyczna jest z owocami morza. Wszystkie były fantastyczne!

Borneo - jaskinia

Kutching znaczy kot.

I koty znajdziemy tu wszędzie. Na kubkach, koszulkach, ścianach. To zwierzęcy symbol miasta, które także chadza swoimi drogami – jest kolorowe i głośne, trochę za brudne, trochę za bardzo nieporządne. Muzułmańskie, animistyczne, nacjonalistyczne.

Kuching było dla mnie kolejnym zaskoczeniem. To duże i zasadzie niezbyt ładne miasto wygląda jak fragment wydarty dżungli, na którym z trudem zaszczepiono zdobycze cywilizacji. Nic nie jest w stanie zabić tej dzikości ani w środowisku, ani w ludziach. Tu pod koszulami z kołnierzykiem kryją się tatuaże plemienne, wciąż poluje się używając dmuchawek, a plemienne tabu, jak węże i krokodyle są cały czas żywe i przestrzegane. W wielu domach wciąż znajdziemy przekazywane od pokoleń maczety, którymi ścinano głowy, a podejrzewam, że i niejedną, dobrze zachowaną czaszkę dałoby się odnaleźć.

Borneo - orangutan

Obiecywałam sobie, że po Mulu, w którym czas spędzałam głównie w jaskiniach lub w dżungli, w Kuching skupię się na życiu miasta i oczywiście na ośrodku rehabilitacji orangutanów, do ktorego tez trafiłam. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie zahaczyła o dwie znajdujące się w pobliżu miasta jaskinie – Jaskinie Wróżek, która urzekała ogromem, pięknym światłem i niewielką statuetką aniołka, od którego dostała swoja nazwę. Dawniej, spotykali się w niej chrześcijanie, zastępowała wiec kościół. Otwarta, pełna światła i wyjątkowo piękna musiała doskonale spełniać swoja świątynną role.

Kolejna jaskinia, mniejsza i zamieszkana przez tysiące nietoperzy nosiła miano Jaskini Wiatru i po ogromnych, niewiarygodnie wręcz pięknych jaskiniach w Mulu nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy niewielkiej grocie, która została zaadaptowana na buddyjska świątynię. Wewnątrz rozbrzmiewała przyjemna muzyka, a w powietrzu unosił się zapach kadzideł, które można było samodzielnie rozpalić. Zwyczajowo sięgnęłam po trzy, żeby odpalić je od świec i wbić tlące się kadzidełka w potężną misę stojącą przed wejściem do groty.

Borneo - kadzidła

Złap za klamkę!”

To był impuls. Pierwszego dnia przeszłam obok. Przecież nie mogłabym tego zrobić? Tatuaż, tu i teraz? Po co mam tam wchodzić? Dopiero w nocy zdałam sobie sprawę, ze będę żałować, jeśli chociaż nie spróbuję. Nic dwa razy się nie zdarza. Drugiego dnia złapałam za klamkę. Zamknięte. Ze spokojnym sumieniem mogłam sie oddalić… Gdyby nie to, ze drzwi otworzyły sie i sympatyczny okularnik cały w plemiennych tatuażach spojrzał na mnie pytająco.

Borneo - studio tatuażu

Weszłam. Jedni ludzie przywożą z wakacji kubki, ja przywiozę tatuaż.

I to nie jakikolwiek tatuaż, ale tradycyjny wzór pochodzący z bogatej kultury plemienia Iban, do którego należeli moi tatuażyści. Podejrzewam, że większość z was słyszała o tatuażach maoryskich (także tych na twarzach) i polinezyjskich. Kultura plemion Borneo jest w tym zakresie znacznie mniej popularna, ale nie mniej bogata. Charakterystyczną cechą jest sposób ich wykonywania – dwa narzędzia wykonane z pięknie rzeźbionego drewna, jedno z zamontowanymi igłami i drugie do rytmicznego uderzania, które ma wprowadzać pod skórę tusz. Tuatuaże pleminne wykonuje się tutaj symetrycznie – identyczne motywy powiny znaleźć się na odpowiadających częściach ciała. Ta symetria symbolizuje harmonię, a jej brak tożsamy jest z brakiem równowagi w życiu. Wzory nawiązują przede wszystkim do motywów roslinnych i zwierzęcych.

Kolejnego dnia leżałam na podłodze, na bambusowych matach i poduszkach i słuchałam monotonnego stukania. Wzór pochodził z plemienia Iban. Kwiat ze spiralą w środku symbolizował początek nowego życia i wieczna wędrówkę, podczas którejj zdobywamy wiedze i doświadczenie. Nie wyobrażałam sobie nawet, ze mogłabym wykonać go elektryczna maszynka, dlatego z ciekawością i lekkimi obawami zdecydowałam sie na metodę tradycyjna. Przyglądałam się sie pięknie rzeźbionym, drewnianym narzędziom przekazywanym z pokolenia na pokolenie.

Borneo - studio tatuażu

 

Nie odpowiem tu na dręczące zapewne spora grupę pytania, czy tak wykonany tatuaż boli mniej lub bardziej niż wykonany maszynka, czy sie lepiej lub gorzej goi, czy nie bałam się sie zakażenia. To nie miało znaczenia!

 

Borneo mnie porwało kompletnie. Dzikością tkwiąca w sercach mieszkańców, w każdym podmuchu wiatru, potężnych ulewach, zielonych ścianach dżungli, która nocą staje sie głośniejsza od ulicy w centrum miasta, nieprzeniknionych ciemnościach jaskiń i w porośniętych gęstym lasem górach.

Borneo - narzędzia do tatuażu

Odcisnęło na mnie swój ślad w postaci tatuażu na lewym ramieniu. Wbiło się głęboko, urzekając tą dzikością serca i  i wzywa ponownie. Może tym razem na samotny, kilkudniowy trawers szlakiem łowców głów, a być może na zachwycający nurków z całego świata Sipadan? Jedno jest pewne, na pewno tu wrócę!

 

Przejdź do poprzedniego odcinka:

http://www.wagabundzi.pl/podroz-do-wnetrza-ziemi-borneo/

Podoba Ci ten artykuł? Podziel się nim z innymi !